Dziennik z Otwarcia [Ruch Muzyczny]

Dziennik z Otwarcia

O wrażeniach z inauguracji nowej siedziby NOSPR, zwłaszcza zaś o występie Krystiana Zimermana, trudno pisać w sposób nieocierający się o granice literackiego banału, spowodowanego nadmiarem superlatyw pokroju: wykonawcza doskonałość.

01.10.

Tryptyk Śląski Lutosławskiego, Przebudzenie Jakuba Pendereckiego, Siwa mgła Kilara oraz Trzy tańce Góreckiego ‒ tymi dziełami Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, pod batutą Alexandra Liebreicha, zainaugurowała swą działalność w nowej siedzibie. Na ich tle szczególnie wyróżniała się interpretacja utworu Pendereckiego: niekwestionowane walory akustyczne sali pozwoliły na barwowe spotęgowanie mistycznego brzmienia Przebudzenia, uwypuklając wręcz nieziemską partię okaryn. Akustyka, jak okaże się jednak w toku Festiwalu Otwarcia, na szczególną próbę wystawiać będzie zwłaszcza wokalistów, obnażając w pełni ich umiejętności techniczne; jedynie śpiewający tego wieczoru w Siwej mgle Wiesław Ochman oraz zamykający festiwal Piotr Beczała w pełni poradzili sobie ze stawiającą wysokie wymagania przestrzenią sali koncertowej.

Druga część wieczoru należała do Krystiana Zimermana i Koncertu fortepianowego d-moll Brahmsa. Wśród znanych wykonań tego utworu trudno znaleźć równie mistrzowską interpretację. Czyżby Zimerman miał już na zawsze monopol na Brahmsa? Pianista odmówił jednak bisu, co spowodowało pewne rozczarowanie słuchaczy...

W wielkim finale koncertu zabrzmiała IX Symfonia Beethovena. Po jej wysłuchaniu należy życzyć naszym rodzimym zespołom wokalnym poziomu Chóru Radia Bawarskiego: nie było słychać najmniejszych trudności związanych z prowadzeniem dźwięków w wysokich rejestrach, czytelnością tekstu ani też z narastającą ekspresją w toku poszczególnych wariacyjnych opracowań tematu.

02.10.

Salę kameralną NOSPR zainaugurował z kolei pierwszy z koncertów Kwartetu Śląskiego w ramach autorskiego cyklu zespołu Między Wschodem a Zachodem. Program stanowił paradoksalnie jednocześnie mocną i słabą stronę koncertu. Mocną ‒ jeśli chodzi o poszczególne utwory: prawykonanie XIV Kwartetu smyczkowego Krzysztofa Meyera, VIII Kwartet smyczkowy c-moll op. 110 Dymitra Szostakowicza, Doom. A Sigh na taśmę i kwartet smyczkowy Istvana Marty oraz WTC 9/11 na taśmę i kwartet smyczkowy Steve'a Reicha. Każdy z nich wyróżnia indywidualny język muzyczny oraz wysoki poziom kompozytorskiego warsztatu. Słabość można było jednak dostrzec w całościowym spojrzeniu na wykonany repertuar. Każdy z utworów charakteryzuje się niezwykle intensywnym ładunkiem emocjonalnym, gęstą fakturą i ‒ poza Kwartetem Meyera ‒ tematyką związaną z uciskiem i żałobą, co przełożyło się na trudną dla słuchaczy atmosferę, w której depresyjność plasowała się na granicy percepcyjnej wytrzymałości. Zwłaszcza że nie przewidziano przerwy...

03.10.

Koncert Filharmoników Wiedeńskich pod dyrekcją Petera Schneidera był jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń Festiwalu Otwarcia. W programie znalazły się: Adagietto z Raju utraconego Pendereckiego, Pieśni biblijne op. 99 Dvořáka oraz Symfonia Ąsrael op. 27 Suka. Wykonania cechowała niezwykła pewność brzmienia, przekładająca się na spokój wykonania ‒ nie toczono żadnej walki z muzyczną materią. Zespół w wyjątkowy sposób operował barwą. Wyrównany koloryt dotyczył nie tylko poszczególnych sekcji ‒ szczególna stopliwość cechowała również wymienne partie między nimi. Najsłabszym punktem programu były Pieśni biblijne, ze źle słyszalną ‒ podobno również z głównej sali amfiteatru ‒ Dagmar Peckovą, której głos w dodatku brzmiał dosyć ciemno. Niestety, niezrozumiała warstwa tekstowa kierowała uwagę na ‒ skądinąd świetnie wykonany ‒ orkiestrowy akompaniament.

Symfonia Asrael Suka zabrzmiała z kolei naprawdę imponująco. Potwierdziła ogromną świadomość muzyków w kontekście interpretacyjnej koncepcji, konstrukcji dzieła, głębokiego zrozumienia poszczególnych komponentów utworu i ich hierarchii. To zasługa dyrygenta czy zespołu?

04.10.

Pytanie ‒ zapewne ‒ znajdzie swoją odpowiedź na pierwszym z planowanych przez NOSPR Recitali mistrzowskich z udziałem kameralistów Wiener Philharmoniker. Wieczór, prowadzony przez pochodzącego z Bytomia Jurka Dybała, upłynął pod znakiem kontrabasu oraz w myśl motta „cudze chwalicie, swego nie znacie". Wykonano mianowicie utwory z dużą rolą kontrabasu ‒ w stroju solowym i barytonowym (Dybał prowadzi grupę kontrabasów w Wiener Philharmoniker), a wśród utworów z kręgu wiedeńskiego znalazł się przedstawiciel polskiej kameralistyki. Po II Kwartecie D-dur Hoffmeistera (z nowatorską i niesztampową dla klasycznej konwencji wirtuozowską kadencją kontrabasową) oraz II Trio op. 30 Stefana Bolesława Poradowskiego, muzycy pokazali prawdziwą maestrię instrumentalnej współpracy w Oktecie F-dur op. post. 166 Schuberta, udowadniając, że znakomicie czują się w przestrzeni pozbawionej dyrygenckiej korekty. Szczególną uwagę słuchaczy zwróciło szlachetne brzmienie pierwszego skrzypka wiedeńczyków, Rainera Honecka.

05.10.

Był to koncert-fenomen, jeśli rozpatrzy się go w kategoriach psychologiczno-socjologicznych. Wszystkie bilety zostały w niebywale szybkim tempie wykupione na pniu ze względu na gwiazdę wieczoru ‒ Leszka Możdżera. Pomijam, że spora część słuchaczy nie wiedziała właściwie, na jakie utwory się wybiera. Nie mniejsza ich liczba była zaskoczona tym, że przed występem pianisty zabrzmi jeszcze Camerata Silesia i Phylakterion Szymańskiego…

Wykonanie Cameraty ‒ z jednej strony ‒ straciło na braku naturalnego dla świątyń pogłosu, w którym dotychczas przedstawiano utwór, z drugiej ‒ zyskało na wyrazistości gubiących się w nim dotychczas efektów. takich jak na przykład przenikliwa barwa kieliszków. Dużym niedopatrzeniem ze strony instytucji był brak programów koncertowych zawierających tekst Phylakterionu, przez co publiczność słuchała utworu w błogiej nieświadomości tematu (na marginesie warto dodać, że zespół śpiewał m. in. w języku staronubijskim oraz greckim...).

Z kolei Siedem miniatur na fortepian improwizujący i smyczki Możdżera zdawało się jedynie pretekstem do improwizatorskiego popisu pianisty z sekcją smyczkową w tle. Kompozycje stwarzały jedynie pozory sztuki pochodzącej z artystycznych wyżyn. W rzeczywistości ich struktura formalna była prosta i niekoniecznie wymagająca większego zaangażowania ze strony odbiorców. Aplauz, jaki zgotowała Możdżerowi publiczność, był wręcz frenetyczny, by ustrzec się przed użyciem słowa: kuriozalny, choć ciśnie się ono na papier. Znacznie bardziej godny uwagi był bis, w którym zabrzmiały m.in. Kołysanka Rosemary Krzysztofa Komedy oraz druga część Koncertu na klawesyn H.M. Góreckiego.

12.10.

Jadwiga Rappe oraz Urszula Kryger w swoich Duetach niemieckich były znakomite w pełnym znaczeniu tego słowa. Młodzi adepci sztuki wokalnej mają godne naśladowania wzorce najwyższej kultury wykonawczej. Artystki przedstawiły wyrafinowane interpretacje pieśni Brahmsa, Mendelssohna i Schumanna (poza wspólnym występem każda ze śpiewaczek pokazała swe umiejętności również w solowym repertuarze tych kompozytorów). Najciekawiej zabrzmiały duety Brahmsa, zwłaszcza wykonane z przymrużeniem oka Siostry do słów Eduarda Mörikego, które zostały powtórzone na bis.

Nie mniejszą gwiazdą wieczoru był doskonały akompaniator śpiewaczek, Hartmut Holl. Pomijając pianistyczny warsztat, z jego gry przebijało znakomite znawstwo zastosowanych przez kompozytorów harmonicznych środków i ich związków z wykorzystanym tekstem literackim ‒ podkreślane były najistotniejsze retorycznie figury. Teraz wypada tylko czekać na repertuar rosyjski, jaki wykonają Kryger i Rappe już w lutym.

16 i 17.10.

NOSPR pokazała się w drugiej kameralnej odsłonie ‒ tym razem w ramach Dni Andrzej Panufnika. Na uwagę zasługiwał program wieczoru, w którym znalazły się mało znane utwory pedagogów kompozytora: Intermezzo z Sekstetu smyczkowego d-moll Kazimierza Sikorskiego oraz Kwartet smyczkowy Eugeniusza Morawskiego ‒ nie lada gratka na polskiej scenie kameralnej, mająca jednak znacznie więcej walorów edukacyjnych niż artystycznych.

Znacznie bardziej interesująca była druga część koncertu, w której publiczność usłyszała Trio fortepianowe, Quintetto accademico na flet, obój, dwa klarnety i fagot oraz aranżację na sekstet smyczkowy Song to the Virgin Mary Panufnika. Uwagę zwróciło zwłaszcza Trio AdAstra, które nie tylko wykonało porywający utwór pisany przez młodego jeszcze kompozytora, lecz także zaimponowało prowadzoną z temperamentem muzyczną narracją, uwydatniającą kanciastość fraz linii melodycznej i wyrazistość artykulacji.

Setna rocznica urodzin Panufnika w progach sali koncertowej NOSPR nabrała szczególnego znaczenia ze względu na obecność żony kompozytora, Camilli, z którą słuchacze mieli okazję spotkać się następnego dnia. Organizatorzy przewidzieli rozmowę z Lady Panufnik, emisję filmu dokumentalnego Tata zza żelaznej kurtyny Krzysztofa Rzączyńskiego oraz wykonanie przez Kwartet Śląski Drugiej Ojczyzny ‒ utworu córki Panufnika, Roxanny. Miejmy nadzieję, że jej kompozycje zaczną częściej gościć w Polsce: kwartet smyczkowy wyróżnia nie tylko szczególna logika konstrukcji (wpływ ojca?), lecz także zastosowanie intrygujących relacji harmonicznych, opartych na zniekształcaniu pierwotnie oczywistych dla odbiorcy struktur.

18.10.

Koncert London Symphony Orchestra to następny na liście tych, na które bilety rozeszły się w pierwszej kolejności. Choć oczywiście pytania o poziom wykonawczy zespołu wydają się retoryczne i właściwie zbędne, to opinie o koncercie były bardziej podzielone niż przy Wiedeńskich Filharmonikach, a aplauz publiczności ‒ już nie tak oczywisty. Pojawia się również pytanie, czy brytyjscy muzycy nie potraktowali koncertu w Katowicach jako próby generalnej przed swoim występem nazajutrz w Londynie, gdzie powtarzali dokładnie ten sam program.

Antonio Pappano, dyrygując bez batuty, zdawał się kierować zespołem bardziej chóralnie, dzięki czemu osiągał organiczne i fantastyczne rezultaty w zakresie zmian dynamicznych. W X Symfonii Panufnika moje wrażenie chóralności odnosi się również do holistycznego traktowania zespołu ‒ nieustannego myślenia całością aparatu wykonawczego, a nie manewrami poszczególnych sekcji.

Koncert fortepianowy Schumanna zespół wykonał z solistą Piotrem Anderszewskim. Jego interpretację przenikała ‒ tak bardzo mu bliska ‒ intymność: emocjonalność bardziej intro- niż ekstrawertyczna, uwaga skoncentrowana bardziej wokół barwy niż technicznych rozgrywek, niezwykle czujna współpraca z zespołem. Najmocniejszym punktem wieczoru było jednak porywające wykonanie poematu symfonicznego Życie bohatera Richarda Straussa. Puentę koncertu stanowił z kolei bis w postaci Intermezza z Manon Lescaut Pucciniego ‒ jednego z ulubionych kompozytorów dyrygenta.

21.10.

Występ Adama Bałdycha, Władysława „Adzika” Sendeckiego i Marcia Doctora był do tej pory zdecydowanie najlepszym koncertem jazzowym w siedzibie NOSPR. Wykonano kompozycje dwóch pierwszych, które zostały opatrzone słownym komentarzem „Adzika” Sendeckiego. Jeśli któryś ze słuchaczy dawno nie miał okazji uczestniczyć w koncercie, na którym nie tylko nie brakowało prawdziwego kunsztu wykonawczego, lecz także można było najzwyczajniej odpocząć ‒ nie mógł trafić lepiej. Ciekawym było też pośrednie doświadczenie efektów improwizacji: z jednej strony bowiem kształt oryginalnej kompozycji nieraz znacznie wymykał się spod kontroli, z drugiej ‒ całe zjawisko odbywało się pod niemal doskonałą kontrolą wykonawczą, z zachowaniem umiaru w technicznych popisach, które ‒ co warte podkreślenia ‒ były środkiem do osiągnięcia celu, nie zaś celem samym w sobie. Mało słów, dużo muzyki...

22.10.

Niestety ‒ zmiana biegunów. Był to najgorszy pod kątem gospodarowania czasem wieczór Festiwalu Otwarcia. Koncert Nicholasa Paytona, Urszuli Dudziak, NDR Bigband i NOSPR trwał tyle samo, o ile nie dłużej niż inauguracja. Przeszkadzały spore dysproporcje w czasie trwania poszczególnych części przedsięwzięcia i nieopisanie długa przerwa organizacyjna. Trudno oprzeć się również wrażeniu, że był to wieczór pod hasłem: „Z dużej chmury mały deszcz”.

Na początek The Black American Symphony Nicholasa Paytona przeznaczona na kwartet jazzowy i orkiestrę symfoniczną. Choć Paytonowi ‒ trębaczowi i multiinstrumentaliście ‒ nie można odmówić niezwykłych umiejętności w zakresie improwizacji (stanowiły one ważny element formotwórczy poszczególnych części utworu), w kwestii kompozycyjnej zachwytu zabrakło: utwór był dosyć monotonny, w rzeczywistości mało oryginalny i zbyt oczywisty.

Występ Urszuli Dudziak również skłania do zastanowienia. Po pierwsze, jej koncert miał stanowić jedynie część wieczoru ‒ tymczasem rozciągnął się do wymiaru niemal osobnego wydarzenia. Po drugie, z pewnością słuchacze cenią sobie życzliwą atmosferę i mniej oficjalny kontakt z artystą, niemniej liczba anegdotek i stężenie lukrowanych epitetów kierowanych ku publiczności były wyraźnie męczące. Po trzecie ‒ skat Dudziak jest wciąż w wysokiej formie, ale zaproponowane przez nią i zespół aranżacje okazały się mało porywające. Tym bardziej szkoda, bo prawdziwa gwiazda wieczoru została najmniej doceniona.

Zespół z Hamburga przedstawił kapitalną wersję Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego na big-band i orkiestrę symfoniczną w aranżacji kierującego formacją Jörga Achima Kellera. Każda z części cyklu zachowała swoje rozpoznawalne cechy, jednakże Keller pozwolił sobie ‒ i swojemu zespołowi ‒ na solistyczne improwizacyjne szaleństwa przekraczające wyobraźnię melomanów znających Obrazki jedynie z wersji Ravela. W związku z długim czasem trwania koncertu muzycy dokonali skrótów ‒ zabrakło m.in. Tańca kurcząt w skorupkach (a szkoda, bo w wykonaniu big-bandu mógł on zabrzmieć naprawdę popisowo). Dodatkowe faux pas stanowiło to, że podczas zasłużonych owacji na stojąco dla zespołu, znaczna część słuchaczy mniej lub bardziej pospiesznie opuszczała salę, będąc już myślami w ostatnim jadącym tego dnia autobusie...

26.10.

Na pierwszym koncercie Orkiestry Muzyki Nowej kierowanej przez Szymona Bywalca wykonano utwory nagrodzone na międzynarodowych konkursach i trybunach kompozytorskich. Oferta koncertowa OMN ma również szczególnych adresatów: licealistów i studentów biorących udział w projekcie Klub Młodego Krytyka. W związku z tym spotkanie miało bardziej formę muzycznego wykładu-warsztatu, na którym wykonanie poszczególnych utworów związane jest z uprzednim przedstawieniem i omówieniem charakterystycznych albo kluczowych dla narracji muzycznej miejsc. W programie znalazły się Figury w oplocie Jerzego Kornowicza, Siedem wysp Conrada na brzmienia elektroniczne i 10 instrumentów amplifikowanych Lidii Zielińskiej, Westchnienia na orkiestrę kameralną Stańczyka oraz Trzy pieśni do stów Trakla na sopran i orkiestrę kameralną Pawła Szymańskiego. Wykonanie ostatniej kompozycji zasługuje na szczególną uwagę przede wszystkim ze względu na piękną interpretację Karoliny Brachman. Wykonanie, także sceniczną postawę śpiewaczki, cechowała powściągliwość rozumiana w najlepszym znaczeniu: bez nadmiernej egzaltacji, rozwibrowań i zbytecznej emfazy, tak w traktowaniu dźwięku, jak i gestu. Niejeden śpiewak mógłby jej pozazdrościć znakomitej intonacji (druga, nieco webernowska pieśń!) oraz precyzji w artykulacji tekstu. W Trzech pieśniach Brachman ukazała się jako artystka totalna.

28.10.

W przypadku Beczały ‒ podobnie jak Zimermana ‒ niezbyt roztropnie byłoby silić się na patetyczny opis kunsztu śpiewaka. W programie gali znalazły się największe arie tenorowe z oper Verdiego, Meyerbeera i Pucciniego, ale i utwory kompozytorów polskich: Moniuszki i Żeleńskiego.

Pewnym zaskoczeniem była obecność w programie ‒ pięknej skądinąd ‒ arii Zbigniewa Ziemio moja z I aktu opery Magnus Józefa Świdra. Stało się to pewnego rodzaju hołdem Beczały złożonym swojej rodzinnej ziemi: artysta pochodzi bowiem z Czechowic-Dziedzic. Wśród wykonanych arii wyjątkowo zabrzmiała E lucevan le stelle Cavaradossiego z Toski Pucciniego. Z pewnością również moniuszkowscy sceptycy po wysłuchaniu Beczały w arii Szumią jodły na gór szczycie (nawet z tekstowymi wpadkami...) oraz Cisza dokoła zaczną bardziej łaskawym okiem spoglądać na twórczość naszego romantyka.

Beczała zachwycił publiczność, co znalazło swój oddźwięk w aż czterokrotnym bisie. Nie zabrakło w nim legendarnego Nessun dorma z Turandot Pucciniego oraz operetkowego klimatu w postaci Brunetek, blondynek Jana Kiepury śpiewanych... po niemiecku.

31.10.

Ostatni koncert w ramach Festiwalu Otwarcia ‒ Koncert Zaduszkowy ‒ należał do Zespołu Camerata Silesia pod dyrekcją Anny Szostak (z towarzyszeniem członków NOSPR) i muzyki Arvo Parta oraz Pawła Szymańskiego. Na początek zabrzmiały ‒ pełne kontemplacyjnych powtórzeń statycznych akordów trzy utwory Parta: The Deers Cry, Da pacem Domine i Morning Star. W kompozycjach Szymańskiego: Miserere, In Paradisum i Lux Aeterna, podobnie jak w przypadku Phylakterionu, można było odczuć niedosyt związany z brakiem aury warunkowanej przez świątynne mury. Interpretacje zyskały z kolei na efektach zwykle rozpływających się w pogłosie kościoła (jak np. selektywne dźwięki harfy czy wejścia poszczególnych głosów w rozszczepionej fakturze Lux Aeterna). Niepowetowaną stratą okazało się zakończenie In Paradisum na chór męski, gdzie na tle wybrzmiewającego, nasyconego barwowo akordu poddawanego dynamicznym niuansom dało się słyszeć… komentarz z głośników, kierowany na zaplecze. Mimo tego dosyć niedorzecznego akcentu Festiwal Otwarcia można uznać za zakończony z pełną klasą. [ Agnieszka Nowok, Ruch Muzyczny, listopad 2014]